Hyundai Coupe

Hyundai Coupe to ciekawy sposób na budżetowy samochód sportowy, który mimo upływu lat wciąż wygląda drapieżnie.

Z wyglądu Hyundai Coupe nie należy do stada drapieżników, jednak zdecydowanie ma pazur. W jego sylwetce i detalach nadwozia widać delikatny upływ czasu, lecz nie przestarzałość. Długa maska, ostro narysowane reflektory, zadarty tył i drzwi bez ramek to klasyczne elementy w temacie ponadczasowości i tylko drobne szczegóły, jak wysuwana antenka od radia psują cały efekt. Na szczęście, można ją wymienić.

Hyundai Coupe w 2005 roku przeszedł facelifting – dosłownie – ponieważ dorobił się odmłodzenia głownie swojej „twarzy”. Samochód otrzymał z przodu nowe reflektory i zderzak z większymi wlotami powietrza. Z tyłu zmieniły się tylko światła, a reszta uszła praktycznie bez zmian – dla spostrzegawczych, wewnątrz dodano tylko nową tapicerkę i kilka detali.

Deska rozdzielcza z owalnymi wlotami powietrza pozostała niezmieniona. Kierownica nadal jest trójramienna, fotele lekko kubełkowe, a z tyłu jak nie było miejsca, tak nadal nie ma. Jeżeli ktoś chociaż odrobinę odstaje od ziemi, siadając do tyłu na pewno nabije sobie guza o skośną szybę – niestety, to cena, jaką się płaci za sportową sylwetkę.

We wnętrzu zawsze – bez względu na wszystko – niemalejącym zainteresowaniem cieszą się trzy wskaźniki na kokpicie. Każdy o nie dopytuje – nie raz usłyszycie zakłopotany głos „od czego one są?”. Pierwszy wskazuje bieżące spalanie, drugi moment obrotowy (Nm), a trzeci napięcie w samochodzie (V). Z praktycznego punktu widzenia, jest to bardziej stylistyczny wybryk ubiegłej dekady niż czytelny komputer pokładowy.

Hyundai Coupe dostępny był z trzema silnikami: 1.6, 2.0, 2.7. Pierwszy z nich z mocą 105 KM był niestety za słaby i spisywał się jedynie w mieście. Dla estetów, 1.6 miał także tylko jedną rurę wydechową, co trochę psuło efekt auta sportowego. Trzeci z nich był co prawda ładnie brzmiącą V6-tką, jednak palił tyle co mały czołg i był po prostu ciężki – można to było odczuć na pierwszym lepszym zakręcie.

Zostaje więc 2.0 – z zapasem 143 KM nadaje się nie tylko do miasta, ale także na trasy. Wybiera go zdecydowana większość. Ma podwójny układ wydechowy, brzmi basowo, a przy tym pali o wiele mniej niż 2.7 (chociaż nadal niemało). Wybierając Hyundaia Coupe z silnikiem 2.0 można liczyć na przyspieszenie do setki rzędu 9-9,5 s i prędkość maksymalną podchodzącą pod 200 km/h. Trzeba przyznać, że to nadal dobry wynik, chociaż przy mierzeniu się z większością dzisiejszych sportowców trzeba uważać.

Silnik 2.0 to dosyć stara konstrukcja (niektórzy mechanicy zalecają do niego nawet olej półsyntetyczny) i pewnie dlatego z jednej strony charakteryzuje się solidnością, a z drugiej wysokim pragnieniem. W mieście, przy wiecznym pośpiechu, powinniśmy być przygotowani na spalanie przekraczające 10 l/100 km. Rekordziści mówią nawet o 14 l/100 km.

A o pohamowaniu łatwo zapomnieć, bo Hyundai Coupe potrafi dać duży zastrzyk przyjemności z jazdy. Siedząc nisko, w objęciach dobrze wyprofilowanego fotela, gaz wciska się jakoś łatwiej. Samochód dostarcza moc raczej jednostajnie, rozkręcając się coraz bardziej w miarę rosnących obrotów. Nie jest agresywny czy gwałtowny. Podobnie jego układ kierowniczy – o ile swoją precyzją nie wyróżnia się niczym od przeciętnego kompaktu, o tyle potrafi nauczyć sportowej jazdy. Sprawdzi się dla kogoś, kto chce wynieść pewną lekcję z przygody z przeciętnie-sportowym autem.

I nie myślcie sobie, że „dodupytam z Hyundaiem”, bo to naprawdę auto znające swoją wartość. Nie przegina w żadną stronę. Kolejną nauczką, jaką daje, jest lekki pstryczek w nos koreańskiego stereotypu jako jakościowy bubel. Mnie osobiście Hyundai Coupe bardziej zaskoczył komfortem podczas jazdy, niż samą sportową naturą. Fakt, nie wymagałem od niego wiele, jednak zapewnił mi miłe zaskoczenie.

Mimo sztywnego zawieszenia Hyundai pokonuje każdą dziurę bez grymasów. Nawet podczas jazdy po kostce w centrum miasta jego plastiki milczą – a przyznam, że tego w Hyundaiu bałem się najbardziej.

Więcej obaw nie miałem. Hyundai Coupe trzyma się z daleka od aut awaryjnych i nie jest kapryśny. Na polskich drogach, zwłaszcza zimą, jego jedyną bolączką jest brak płyty ochronnej pod silnikiem, przez co jego różne metalowe elementy nieustannie narażone są na wilgoć, piasek czy sól. Przy kupnie warto sprawdzić, czy nie ma tam zalążków rdzy. Gdy samochód nie ma udokumentowanych napraw, każdy zaleci Wam również wymianę rozrządu – to chyba największy wydatek, który ociera się o 1 000 zł.

Hyundai Coupe

IMG_1991
IMG_1993
IMG_1995
IMG_2018
IMG_2002
IMG_2015
IMG_2029
IMG_2004
IMG_2006
IMG_2013